Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Historia
Okruchy Atlantydy

Artykuł zamieszczony w "Rzeczpospolitej" z dn. 24 lipca 1996 r.

Starego, zbudowanego z kloców, pomalowanego na biało domu słynnego rabina - dziadka Isaaca Bashewisa Singera - nikt w Biłgoraju już nie pamięta. Tam, gdzie pośród potężnych drzew kasztanowych kiedyś górował omszony dach, a pod oknami stała długa ława, że wystarczyło podnieść głowę, by zobaczyć stąd biłgorajską synagogę, a za nią pola ciągnące się aż po sam las - stoją dziś nowe domki. Nie ma już nawet szczątków po rytualnej łaźni i domu dla ubogich. Ściany bóżnicy, "wysokiego, starego budynku z masywnymi żyrandolami, okrągłymi oknami, przez które wlatywały i wylatywały ptaki", głęboko, aż do fundamentów skruszył czas, w to miejsce wyrosły szare bloki. Tylko dzieciaki z okolicznych osiedli jeszcze czasem wybiorą się zimą z saneczkami na "rabinówkę".

Te tuż powojenne, szaleńcze szusy ze stromego stoku, gdy łamało się płozy, dobrze pamięta Stanisław Wołowski. Nie może sobie jednak przypomnieć Żydów. Czy rzeczywiście aż tak zawodzi pamięć? - Nie - kreci głową Wołowski - w latach czterdziestych i później nie widziało się na ulicach obrazów zapamiętanych sprzed wojny, to pewne.

A przecież Stefania Kwiecińska, była nauczycielka, odtwarzająca drobiazgowo żydowskie zwyczaje w regionalnym piśmie "Tanew", jeszcze dziś ma przed oczami twarze z sąsiedztwa, czuje zapach szabasowych ciast i wspaniały smak faszerowanego karpia: - Po północnej stronie biłgorajskiego rynku tylko nasza rodzina była polska - pamięta. - Na podwórkach bawiliśmy się wspólnie, aż zaniepokojeni rodzice moją siostrę Stasię zdecydowali się wysłać do Krzeszowa, nad San, by wyzbyła się żydowskiego języka.

"W miasteczku, panował nie znany mi dotąd pogodny nastrój, unosił się zapach świeżego mleka i jeszcze ciepłego pieczywa. Wojny i epidemie wydawały się odległe" - pisze Singer wracając do czasów, gdy nic jeszcze nie zwiastowało kataklizmu. ..

Dziwny okres
Ten cudowny okres, kiedy Zygmunt Hanas był siedemnastoletnim pomocnikiem operatora w strażackim kinie, a śliczne, młode, dobrze ubrane Żydówki z upodobaniem powtarzały seanse "Ben Hura", nie trwał długo. Biłgorajski rynek poszedł z dymem po bombardowaniach w trzydziestym dziewiątym. W czterdziestym drugim, grudniowym świtem Żydów spędzono do paru chałup otoczonych kolczastym, drutem, potem grupami wyekspediowano do Bełżca. Energiczny jak na swój wiek Hanas pamięta szokującą bierność ofiar, nagie kobiety umierające na chłodzie i Kandela, największego w .mieście hurtownika towarów spożywczych, którego hitlerowcy zatłukli pałkami, próbując wydusić, gdzie ukrył złoto. W kilkanaście miesięcy później wybito resztę żydowskich robotników, dotąd przetrzymywanych w odizolowanych warsztatach. - Niemcy kazali im schodzić ze strychu i strzelali do bezbronnych, jak do ptaków.

I potem, w pierwszych latach po wojnie, nastaje w Biłgoraju dziwny okres. W mieście, z którego ubyła połowa mieszkańców, pojawia się kilku Żydów, powołują się na pełnomocnictwa byłych właścicieli, wyprzedają część nieruchomości, równie szybko znikają. Hanas z trudem wskaże tych mieszkańców przedwojennych, żydowskich kamieniczek, którzy w Biłgoraju zabawili dłużej. Trudno nawet orzec, czy czuli się nadal Żydami - ani się go kto pytał, ani on mówił - niechętnie sięga do szczegółów osiemdziesięcioletni, siwowłosy mężczyzna.

Zofia Hasiec, radca prawny szczebrzeszyńskiego samorządu, wertowała kiedyś sądowe archiwa. - W drugiej połowie lat czterdziestych mnóstwo było orzeczeń sądu grodzkiego w Szczebrzeszynie w sprawach o nabycie praw spadkobiercy, potem zaś podważających świeże zupełnie werdykty o uznaniu mienia za opuszczone. Jakby w ślad za tym następowało najczęściej rejentalne zbywanie nieruchomości. W pięćdziesiątym dziewiątym natomiast na podstawie dekretu (z 8 marca 1946 r.) o mieniu opuszczonym .i poniemieckim, sądy hurtem orzekały o przejęciu przez Skarb Państwa majątków, których właściciele w prawem określonym terminie nie potwierdzili swych praw do domostw i gruntów.

I dalej - już przez dziesięciolecia nikt się o piętrowe kamieniczki na szczebrzeszyńskim rynku nie dopominał, miasto musiało żyć dalej, z okolicy przybywali ludzie, którzy szukali swego miejsca; władze także robiły swoje.

Mury zapomniane
W malowniczo położonym Szczebrzeszynie, którego ponad 70 procent mieszkańców stanowili przed wojną Żydzi, dziś pozostała po nich garść starych fotografii; siedemnastowieczna synagoga i cmentarz, na którym nagrobne macewy powrastały w potężne lipowe pnie. Sekretarz miejskiego Tadeusz Zmarlik opowiada jak późnorenesansową świątynię podniesiono z wypalonych ruin miejscowymi siłami jeszcze na początku lat sześćdziesiątych. Pod wysokim starannie odtworzonym łamanym dachem dawnej bóżnicy pomieszczenia zaadaptował do swoich potrzeb miejsko-gminny ośrodek kultury. Pozostawiono we wnętrzu pełnym ozdobnych gzymsów i koronkowych sztukaterii, cudem zachowany z pożogi aron ha - kodesz i kuty w kamieniu wizerunek świątynnej menory. Żydzi, którzy zaglądają do miasteczka z coraz liczniejszymi wycieczkami, nie kryją zadowolenia - twierdzi Anna Kaznowska, oprowadzając po pięknej sali modlitewnej, w której trwa właśnie wystawa mistycznych obrazów malowanych azjatycką techniką batiku. - Goście z Izraela, Ameryki czy Australii proszą jedynie, aby przez wzgląd na przeszłość, unikać organizowania w budynku hucznych zabaw czy głośnych dyskotek. .

Dotąd żadne stowarzyszenie Żydów szczebrzeszyńskich nie czyniło starań o odzyskanie mienia dawnej Wspólnoty, Marian Mazur zastępca burmistrza nie pamięta też, żeby do urzędu trafiły jakiekolwiek oficjalne pisma, na przykład od istniejącej w Izraelu diaspory wychodźców mających w mieście swoje korzenie. Do ratusza docierały najwyżej sygnały o sporadycznych próbach przeglądania dokumentów własności: - Zajmowali się tym raczej przyjezdni pełnomocnicy, a nie osobiście, dawni właściciele - twierdzi Zofią Hasiec.

Nie ma Żyda w Tarnogrodzie
Z 66-Ietnim Marianem Kasperkiem, szewcem z Tarnogrodu (ponadczterystuletniego miasteczka, którego przed wojną blisko połowę mieszkańców stanowili Żydzi), gawędzimy w izbie pod bielonymi belkami podtrzymującymi deski stropu. Drewnianą chałupę, w której Kasperek oddaje się .kronikarstwu swego regionu, częściej używając maszyny do pisania niż szewskiego kopyta, gospodarz kupił po wojnie od takiego właśnie żydowskiego pełnomocnika za 110 dolarów. - W powojennym zamieszaniu sprzedawano i kupowano, nie troszcząc się o precyzyjne wytyczanie granic. - Dziś nie ma Żyda w Tarnogrodzie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo - Ryszard Wlaź, zwalisty burmistrz, woli jednak posłać po sekretarza urzędu Antoniego Gruszkę, który sprawy zna od podszewki, także dzięki relacjom własnego ojca. - Kiedy w latach sześćdziesiątych Tarnogród starał się o odzyskanie praw miejskich, jeden z tarnogrodzian wchodzących w skład naszej delegacji natknął się na dawnego szkolnego kolegę, urzędującego akurat w Radzie Państwa. Wybuchła afera, bo wymienił nieaktualne nazwisko. - I dlatego pewnie Tarnogrodowi przyszło czekać na miejskie symbole jeszcze dwadzieścia lat - wie swoje sekretarz.

Burmistrz Wlaź nie ukrywa, że śledzi uważnie dyskusję wokół przyszłych rozwiązań ustawowych o zwrocie mienia, m.in. dawnych gmin żydowskich. W samym sercu miasteczka od początku lat dziewięćdziesiątych bieleją ściany pięknie odnowionej synagogi. Lecz w głównej sali, pośród wysokich kolumn , mieści się biblioteka, w pomieszczeniach tuż przy wejściu sklep chemiczny pełen farb, plastikowych naczyń i rolniczego sznurka. Kram zarabia na ogrzewanie gmachu, tłumaczy tonem usprawiedliwienia Władysław Dubaj, szef miejscowego Domu Kultury. Dubaj skwapliwie podsunie stare zdjęcia, tylko one zaświadczyć mogą o pietyźmie konserwatorów. Mimo że miasteczko nie finansowało rekonstrukcji bożnicy - pieniądze wyłożyło państwo za pośrednictwem wojewódzkiego konserwatora zabytków - to przez bitych pięć lat rekonstrukcja synagogi absorbowała większość sił służb miasteczka i lokalnej władzy. Inne pilne zadania odsuwano na później. - Nie wyobrażamy sobie, że ktoś może wyciągnąć rękę po ten obiekt - oświadczenie burmistrza zabrzmi zdecydowanie. Jeśli prawo zostanie już uchwalone i Żydzi przyjdą zanim przekażemy klucze, poprosimy o poważną rekompensatę, zaznaczy z naciskiem.

Marian Kasperek determinacji miejskiej władzy nie rozumie: - Historia także kosztuje. Ten, kto w opuszczonej bożnicy zrobił najpierw magazyn nawozów i skup owoców, potem przyglądał się spokojnie dewastacji, postąpił tak, jak świętej pamięci władza radziecka zmieniająca świątynie na składy. Co innego prywatne siedziby i domostwa. Tuż po wojnie, kiedy polscy tarnogrodzianie ściągali do siebie z robót, spod Kiel, Bemen i Breslau, trzech Żydów, powołując się na pełnomocnictwa nieżyjących współbraci, sprzedało już pół Tarnogrodu.

Koniec rabina Tajchera
Żydów panoszących się na ulicach w szabasowy dzień, monopolizujących handel, witających w bramie Tarnogrodu wkraczających w trzydziestym dziewiątym sowietów, jeszcze dziś nie może ścierpieć pamiętający tamte czasy Czesław Gryca. W swej bluzie wojskowego kroju, pod portretem marszałka na kasztance, przypomni, że eksterminacja Żydów tylko o rok poprzedziła wielką deportację polskich tarnogrodzian. W miejsce wywiezionych do Rzeszy mieszkańców przybyć mieli niemieccy osadnicy. Ni zdążyli, chwalić Boga, ale powracającym na ojcowiznę okupanci zostawili ruiny i zgliszcza.

Słoneczny, chłodny świt w Dzień Zadusznych, kiedy na Żydów niemieckie trupie główki z dywizji SS "Wiking" robiły obławę, Kasperek pamięta jak dziś. Polakom polecono wystawić w oknach chałup święte obrazy. Naziści grabili wpierw, potem mordowali ludzi stłoczonych na tarnogrodzkim ryneczku, w biały dzień, z jakaś szczególną "zajadłością. Krew płynęła rynsztokami, ciała składano w stosy. Potem jeszcze rozstrzeliwano nieszczęśników partiami, tuż pod murem katolickiego cmentarza, w zagłębieniu terenu, na Okopisku. Trupy znajdowano też w następnych dniach w rowach przy biłgorajskiej szosie, dokąd prowadzono niedobitki, aby je potem wywieźć do bełżeckiej kaźni. - Koniec rabina Lejb Tajchera, którego niemieckie psy rozdarty na oczach tłumu to najobrzydliwszy mord, jaki w życiu widziałem - mówi Kasperek.

Potem zdarzały się nie mniej gorszące sceny: polskie hieny wśród ciał pomordowanych szukały złota, Niemcy wyprzedawali żydowskie meble - kupców nie brakowało, nocami szedł szaber.

Trudne losy kamienia
Pytam Kasperka.co by się stało gdyby Żydzi zechcieli teraz do Tarnogrodu wrócić. - Tutaj nikt by Żyda do mieszkania nie wpuścił, minęło pół wieku a sprawy zaszły za daleko by teraz wkładać kij w mrowisko, już raczej doszłoby do lokalnej rewolucji.

Szczęściem domostw sprzed wojny ocalało niewiele, nie ma już. śladu po żydowskiej łaźni czy chederze. Z rozległych, trawiastych i nagich obecnie pagórków kirkutu wprowadzono wpierw PGR, potem firmę naftową, kawałki nagrobnych macew zebrano z drogi i wmurowano w cmentarne ogrodzenie.

Podobnie odtwarzano namiastkę kirkutu na biłgorajskich Piaskach. Niektóre macewy trzeba było wyrywać z podłogi w stajni, Niemcy użyli ich w kilku miejscach jako budulca. Na miejscu drugiego, starego, żydowskiego cmentarza, który pamiętają już tylko najstarsi mieszkańcy Biłgoraja, dwadzieścia lat temu wybudowano salę gimnastyczną i urządzono boiska Liceum Ogólnokształcącego imienia ONZ.- Szczątki kamieni i kości ludzkie wybierano "z należnym pietyzmem - zaręczy Wołowski. W Józefowie Biłgorajskim żydowski cmentarz przetrwał, mimo że hitlerowcy kamieni używali do utwardzania dróg, a i miejscowi chłopi po wojnie potrzebowali budulca.
Józefów, w którym przed wojną społeczność żydowska stanowiła niemal osiemdziesięcioprocentową większość, własnymi siłami odbudował niedawno, użytkowaną po wojnie przez miejscowy GS, siedemnastowieczną bóżnicę. W przebudowanej .gruntownie synagodze. mieści się miejska, biblioteka, na piętrze urządzono pokoiki hotelowe na 20 miejsc, pod tym samym dachem jest jeszcze centrala telefoniczna.

- Od żydowskiej diaspory na rekonstrukcję budynku nie dostaliśmy grosza - wyjawi Zbigniew Bielak, zastępca burmistrza. Teraz pielgrzymki do synagogi są na porządku dziennym: utrwalono pamięć Israela Ben Aarona Welczera, urodzonego w Józefowie, potomkowie izraelskich wychodźców podarowali bibliotece srebrną menorę towarzyszącą rodzinie w wielkiej powojennej wędrówce.

Spokojne życie pożydowskiego miasteczka
Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy nowy józefowski samorząd porządkował sprawy własnościowe w miasteczku położonym pośród zielonego morza Puszczy Solskiej, okazało się, że dla wielu posesji brakuje aktualnych, geodezyjnych wyrysów i mapek.Teresa Lalak, sekretarz urzędu, która zajmowała się wówczas tą sprawą, raz jeszcze musiała zanurzyć się w pożółkłe akta sądu powiatowego w Biłgoraju, który na przykład podczas posiedzenia 16 kwietnia 1959 roku wydał postanowienie o przejściu prawa własności na rzecz Skarbu Państwa żydowskich właścicieli nieruchomości, w tym Cynii Krymerkopf, Moszka Szmula Szechtera, Chaima Orbucha, Icka Szwarca i 120 innych "nieznanych z miejsca pobytu''.
W spalonym niemal doszczętnie Józefowie życie wracało po wojnie dzięki ocalałym jeszcze żydowskim domostwom. W Biłgoraju, gdzie po żydowskich mieszkańcach nie zostały nawet najmniejsze okruchy, dotąd nie ujrzała światła dziennego nawet jedna poważniejsza wspominkowa wystawa, "bo o Żydach zwyczajnie przez pół wieku się nie mówiło". W Szczebrzeszynie, w którym niezależnie od historycznych wiatrów do przeszłości nawiązywać będą zawsze charakterystyczne kamieniczki, Zofia Hasiec zatrzyma się na chwilę, zastanowi: - Pomyśleć tylko, że żyjemy ot, tak, spokojnie, przez tyle lat, w małym żydowskim miasteczku.

Zbigniew Lentowicz

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: