Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Historia
Szabasowe Opowieści

W BIŁGORAJU DO WYBUCHU WOJNY W 1939 R., ŻYDZI STANOWILI OKOŁO 60 PROC. OGÓŁU MIESZKAŃCÓW. Ponieważ wzrastałam i wychowywałam się wyłącznie w otoczeniu rodzin żydowskich - poznałam ich obyczaje i obrzędy,- pragnę swoje wiadomości przekazać następnym pokoleniom. Już z racji tej, że wiele wieków Żydzi wśród Polaków mieszkali, oddziaływali niejako na środowisko - nie można więc w naszej historii ich pominąć.

W okresie międzywojennym w Polsce były 3 miliony Żydów, a więc 10 proc. ogółu ludności. Mieszkali głównie w miastach. Niejednokrotnie stanowili połowę ich mieszkańców.

W Biłgoraju Żydzi przypuszczalnie znaleźli się już w II połowie XIV wieku, gdyż faktem historycznym jest, że byli już wtedy w Szczebrzeszynie, odległym od Biłgoraja o 32 km. Biłgoraj otrzymał prawa miejskie w, 1578 roku, ale osada istniała znacznie wcześniej, na pewno kilkaset lat przed otrzymaniem aktu lokacyjnego.

Przed wybuchem II wojny światowej miasto nasze miało 12 ulic, a mianowicie: Rynek (obecnie plac Wolności). ul. Szewską,, Zamojską, Kościuszki, 3 Maja (dawniej Morową, od "moru"). Nadstawną, Frampolską (obecnie Wandy Wasilewskiej). Lubelską, Ogrodową, Radziecką (obecnie Moniuszki), Przemyisłową i Targową. Ponadto cztery przedmieścia: Bajory, Różnówka, Piaski i Podemłyny. Prócz, przedmieść Żydzi mieszkali wśród Polaków, ale ulice Lubelska, Frampolska i Rynek były zamieszkane w 90 proc. przez Żydów. Na północnej stronie Rynku, gdzie się wychowałam, tylko nasza rodzima było polska. Dlatego ja i moje rodzeństwo bawiliśmy się z dziećmi żydowskimi. Nie było między nami żadnych konfliktów, a gdy .się z nas które niegrzecznie zachowywało w czasie zabawy, a rodzice to dostrzegli, dostawało się klapsa. Na skutek stałego obcowania z dziećmi żydowskimi poznałam żydowskie obrzędy i zwyczaje i ich język. Moja starsza siostra Stanisława Brożynowa i brat Tadeusz Ludwik, który zginął w czasie wojny za udział w ruchu oporu, mówili biegle, ze świetnym akcentem żydowskim. Ja, i tatuś rozumieliśmy bardzo dużo, lecz gorzej było z wymową.

TO CO TERAZ OPOWIEM MOŻE MIEĆ WYDŹWIĘK ANEGDOTY: gdy siostra zaczęła się zwracać do rodziców po żydowsku i mówić przez sen w tym języku - rodzice wywieźli ją do osady Krzeszów położonej nad Sanem, do dziadków Heleny i Łukasza Łysikowskich, by tam przebywała w środowisku wyłącznie polskich dzieci. Jakież było zdziwienie naszej babci, gdy rano wnuczka się obudziła z płaczem i coś po żydowsku mówiła. Babcia była zrozpaczona gdyż nie mogła jej zrozumieć. Siostra mówiła w kółko to samo "zajdy wyjorty cyka" (piszę fonetycznie, jak brzmiała jej wypowiedź). Wówczas babcia poszła po Żydówkę, która w pobliżu miała sklep. Kupcowa przyszła i przetłumaczyła: "ona pyta się, gdzie są cukierki". Poprzedniego dnia dziadzio kupił jej cukierki (zejdy - to dziadzio) i ona z tymi. cukierkami usnęła i gdzieś się one z pościeli wyślizgnęły. Mój brat Tadeusz uciekał z dziećmi żydowskimi do szkoły żydowskiej tzw. Hederu, bowiem dzieci żydowskie już od 5 lat uczęszczały do szkoły, która mieściła się na rogu ulicy Lubelskiej i Nadstawnej na stoku opadającym ku rzece Łada. Obok mieściła się żydowska świątynia tzw. Bożnica i łaźnia. Dzieci żydowskie uczyły się już od 5 lat religii, czytania i pisania oraz matematyki. Gdy mój brat zaczął mówić pacierz po żydowsku - dostał lanie i więcej już z dziećmi żydowskimi do ich szkoły nie poszedł. Te zdarzenia miały miejsce, zanim moje rodzeństwo poszło do polskiej szkoły, a więc przed 7 rokiem życia.

Z mojej długoletniej obserwacji w dzieciństwie i później jako nauczycielki, która miała w swojej klasie 60 procent dzieci żydowskich mogę powiedzieć, że były one niesłychanie pilne w nauce, grzeczne i na nauczyciela patrzyły, jako na autorytet. Nie pamiętam w swojej karierze nauczycielskiej, aby które żydowskie dziecko miało z zachowania notę ujemną, podczas gdy polskie dzieci, a szczególnie rekrutujące się z rodzin inteligenckich często je miały. Dzieci żydowskie przychodzące w wieku 7 lat do polskiej szkoły, już były zaawansowane w matematyce, bowiem nauka w żydowskiej szkole już im dała tę wiedzę. Niejednokrotnie przychodząc do polskiej szkoły prawie nic po polsku nie umiały. Tak było do ferii zimowych. Jak to robiły - tego nie umiem wytłumaczyć, bo po feriach zimowych od razu w lot pojmowały polski język w mowie i piśmie. Obserwowałam stosunek dzieci do rodziców. To było bardzo budujące.

DZIECI ODNOSIŁY SIĘ DO NICH. Z NALEŻYTYM SZACUNKIEM I POSŁUSZEŃSTWEM. Nie widziałam ani razu, aby Żyd bił swoje dziecko pasem, albo ciągnął za uszko, co było częstym zdarzeniem w polskich rodzinach w mieście, czy na wsi. Natomiast miało miejsce kilka razy nieposłuszeństwo starszych chłopców naszych sąsiadów, którzy nie chcieli nosić tzw. jarmułek. To były małe czarne czapeczki z daszkiem. Matka ich Żydówka o bardzo konserwatywnych zapatrywaniach przy niosła do nas schować czapki świeckie, typowe, jakie nosili chłopcy polscy. Kilka razy te czapki przynosiła, a oni wciąż kupowali nowe. Chłopcy ci należeli do organizacji "Bund".

Dzieci żydowskie wykazywały niesłychany spryt. Miałam w .szkole takie zdarzenie: przybył lekarz, by dokonać badania dzieci. Ze zdumieniem i przerażeniem zobaczyłam, że pewna dziewczynka Esterka ma całe piersi aż po szyjkę pokryte jednym wielkim strupem. Lekarz z miejsca zrobił mi ostrą wymówkę jak mogłam nie zauważyć że to dziecko ma świerzb (nigdy nie widziałam, jak świerzb wygląda). To dziecko widząc moją konsternację, patrząc bystro w oczy lekarzowi powiedziało: "rano nie miałam". Tak ta dziewczynka chciała mnie ratować od przykrości, na którą słusznie zasłużyłam.

Zydzi biłgorajscy byli: przemysłowcami, handlowcami i rzemieślnikami. Byli milionerami i nędzarzami. Do rodzin milionerskich zaliczali się: Erbesfeldowie, Tajerowie, Kandlowie, Wakszulowie, Harmanowie, Izorfowie, Grynaplowie i Izajnwaldowie. Wielu z nich miało swoje konta w bankach .szwajcarskich i austriackich. Ci którzy ulokowali swą gotówkę w Wiedniu - po aneksji Austrii przez Hitlera stracili wszystko. Znana też była historia kupca Erbesfelda, który wyjeżdżając z żoną i dzieckiem Boliwii został zatrzymany w komorze celnej. Znaleziono w zabawce dziecięcej - niedźwiadku — dużą sumę dolarów. Dolary oczywiście skonfiskowano. Innym wydarzeniem był fakt ogromnego posagu, jaki otrzymała córka Tajera, a mianowicie 300.000 zł, co wówczas przedstawiało wartość 10 kilkunastopokojowych kamienic wraz z zapleczem gospodarczym. Również dobrze się mieli: świetny fachowiec dentysta Aron Kaminer, właściciel drukami Berek Kaminer, bratanek ich Dawid Kaminer, pianista po wyższych studiach w Konserwatorium Warszawskim oraz Hudes, imienia nie pamiętam, skrzypek również po wyższych studiach..

ALE OGÓŁ ŻYDOWSKI - TO BYŁA BIEDOTA. Rzemieślnicy szklący okna, powroźnicy, wyrabiający sznury, tragarze, nosiwody, szewcy, krawcy oraz drobni sklepikarze, których wartość towaru w sklepie nie przekraczała 100 - 150 zł. Ci ostatni mieli sklepy bez pieców, oświetlenie stanowił ogarek świecy, jakkolwiek światło elektryczne w Biłgoraju było od 1928 roku. Żydówki zimą okutane w kaftany, chustki i słomiane kalosze trzymały w sklepikach dłonie nad żelaznymi garnkami wypełnionymi: żarzącymi się węglami. Niektórzy Żydzi trudnili się handlem domokrążnym. Taki handlowiec jeździł nędznymi koniem i wozem od wsi do wsi skupował resztki tekstylne, butelki, kości itp. Jadąc przez wieś wołał: "szmatys kolorzys". Czasem płacił grosze, czasem wymieniał towar na towar. Wręczał kubeczki aluminiowe, grzebyki, lusterka, talerze itp. Biedne Żydówki trudniły się pachciarstwem. Już o 6 rano wracały ze wsi pobliskich do miasta obciążane ciężkimi bańkami z .mlekiem. To mleko nabywali Żydzi, bowiem polskie rodziny kupowały mleko u gospodarzy na przedmieściach miasta.

Żydzi mieli swoje charakterystyczne chwyty handlowe i swoistą mentalność. Znam taki charakterystyczny przykład. Otóż wuj mego męża chciał kupić tani garnitur na wycieczkę do lasu, na grzyby, nad rzekę, by łowić ryby - wybrał się do kupca z odzieżą męską Mordki Hudesa. Kupiec wskazał wujowi garnitur i zażądał 120 zł, co było astronomiczną ceną. Wuj zaoferował 15 zł. Po długich targach, gdy wuj usiłował wyjść ze sklepu, kupiec sprzedał garnitur za 25 zł.

Żydzi na wzór ludów Wschodu znajdowali wielką przyjemność w targowaniu się. Nas nazywano "gojami". Pokutowało przekonanie, że Żyd musiał goja oszukać, ale za to Grek oszukał 7 Żydów, a Ormianin 7 Greków. Przytoczę inny przykład. Za okupacji niemieckiej przyszła do nas Żydówka z propozycją, abyśmy u niej kupili mąkę. Mamusia, zapytała, czy mąka jest ładna? Wówczas kupcowa pokazała odrobinę tej mąki, zawiniętą w papierek. Ponieważ mąka była ładna - zgodzono się co do ceny i Żydówka przyniosła 20 kg. Otrzymała zapłatę, taką jaką sobie życzyła. Do mąki nikt z nas nie zaglądał. Upłynęło kilka tygodni, mamusia rozwiązała worek i jakież .nastąpiło zdumienie - mąka nabyta była znacznie ciemniejsza od reklamowanej poprzednio. Po pewnym czasie znowu ta sama kupcowa przyszła z propozycją nowej transakcji. Wówczas mamusia zrobiła jej wymówkę, z powodu sprzedaży gorszej mąki, na to kupcowa powiedziała: "Ile pani dała za tę mąkę? A ile ona już teraz kosztuje?''. Bowiem za okupacji ceny za żywność wzrastały z dnia na dzień. Przytoczę inny przykład który dotyczy mentalności i sprytu poważnego kupca drzewnego jakim był Chaskiel Erbesfeld, którego posiadłością były trzy domy przy ulicy 3 Maja nr 35. Otóż ten był głównym odbiorcą budulca drzewnego lasów ordynacji zamojskiej. Zatrudniał nawet sekretarza, gdyż sam umiał się tylko po polsku podpisać.

ÓW SEKRETARZ SERGIUSZ PAWŁOW OPOWIADAŁ MI NASTĘPUJĄCE WYDARZENIE: kupiec Erbesfeld był umówiony na spotkanie z plenipotentem i inspektorem lasów ordynacji zamojskiej na stacji Zwierzyniec o pewnej godzinie. Wiedział doskonale, że plenipotentowi hr. Zamoyskiego zależy, by transakcja doszła do skutku. Wówczas Erbesfeld wysłał sekretarza swego kolejką wąskotorowa, jaka łączyła wówczas Biłgoraj ze Zwierzyńcem na umówioną godzinę, a sam do Zwierzyńca poszedł pieszo (bilet kosztował 60 gr.), sądząc że trochę pójdzie, trochę przejedzie jakąś furmanką okazyjną za poczęstowanie papierosem. Jeśli się spóźni z godzinę, półtorej - to zdenerwuje kupujących, ale nie odejdą, bo im zależy na pieniądzach. Tym samym zmobilizuje do sprzedaży na warunkach, jakie im kupiec podyktuje. Tym chwytem wykazał, że na kupnie mu nie zależy. Oczywiście, że plenipotent i inspektor lasów czekali 2 godziny, trochę siedząc w powozie lub spacerując obok. Wreszcie ukazał się Erbesfeld z nieodłącznym parasolem, wachlując się kapeluszem czarnym, pilśniowym, zadyszany i przepraszający za spóźnienie.

Innym przykładem sprytu był fakt, jaki miał miejsce w Goraju. Podczas kontroli piekarni Komisja Sanitarna znalazła zapieczonego karalucha w chlebie. Został wytoczony właścicielowi piekarni proces karny. Żyd stanął przed Sądem Grodzkim w Biłgoraju, jako oskarżony. Wysłuchał aktu oskarżenia. Dowód rzeczowy w postaci zapieczonego karalucha w chlebie leżał na zielonym suknie stołu sędziowskiego. Na zapytanie sądu, czy oskarżony przyznaje się do winy - poprosił Wysoki Sąd o pozwolenie obejrzenia kawałeczka chleba. Sąd zezwolił. Wówczas Żyd wziął chleb z karaluchem do ust, połknął i powiedział: "mój rodzynek". Oczywiście z braku dowodu rzeczowego został uniewinniony i nie zapłacił grzywny. Opowiadał mi o tym Franciszek Kania, kontroler sanitarny.

Mieli Żydzi między sobą nieporozumienia. Rozstrzygał je ich duchowny - rabin. Werdykt rabina był dla nich świętością. Zdarzało się, że w sprawach spornych między Żydami i Polakami zainteresowane strony udawały się do rabina. Znam kilka takich przypadków i o dziwo obydwie strony wychodziły od rabina zadowolone.

ŻYDZI ORTODOKSYJNI UBIERALI SIĘ W DŁUGIE, CZARNE PŁASZCZE ZAPIĘTE POD SZYJĘ TZW. CHAŁATY I CZAPKI CZARNE Z MAŁYMI DASZKAMI TZW. JARMUŁKI. W zależności od pory roku płaszcze były z wełny, satyny lub alpagi. Galicyjscy Żydzi nosili również chałaty, ale na głowach zamiast jarmułki nosili czarne pilśniowe kapelusze. Starozakonnych Żydów cechowały pejsy koło uszu, a sędziwych Żydów zapuszczone brody na wzór biblijnych patriarchów. Inteligenci Żydzi nosili się po europejsku.

Mieszkałam wśród biedoty żydowskiej. Byłam mnóstwo razy na ich posiłkach. Na śniadanie składała się biała kawa, placki z makiem i cebulą, czasem smarowane bardzo cienko masłem, albo do kawy była podawana bułka - chała. To była bułka pleciona jak warkocz u dziewczynki. U jeszcze biedniejszych Żydów podawano na śniadanie tylko zupę, w skład której wchodziły kartofle, groch i kluski. Zupa była okraszona masłem, które gospodyni domu dawała po małym kawałeczku do talerza. Cebuli i czosnku zjadali Żydzi bardzo dużo, gdyż te warzywa chronią przed chorobami zakaźnymi.

W święto tzw. Szabat, u nas określane słowem "Szabas" nawet biedni Żydzi jadali: śledzie, rybę faszerowaną w galarecie, w której znajdowały się rodzynki i słodkie migdały. Ponadto jadali drób i na zakończenie obiadu deser, leguminę tzw. kugiel, sporządzony z kaszki krakowskiej, ryżu względnie makaronu zapieczonego z masłem, jajkami, miodem i bakaliami. W czasie posiłku świątecznego na stole nakrytym białym obrusem znajdowały się siedmioramienne świeczniki albo lichtarze srebrne z zapalonymi świecami. Po posiłku obowiązkowo mężczyźni i chłopcy śpiewali dość skoczną melodię, ale treści jej nie rozumiałam.

Bogaci Żydzi na co dzień jadali doskonałe kaczki, kury, gęsi i wołowinę. Rosół był podawany z łokszyną. To były łazanki zapiekane w piecu, a potem gotowane. Żydówki robiły łazanki w lecie, gdy jajka były tańsze. Wołowinę jadali gotowaną, a kaczki, gęsi były pieczone w piecu z suszonymi śliwkami. Nieodłączna była chała. Żydówki piekły świeże pierniki i biszkopty z bakaliami. Jeśli do obiadu były podawane kartofle (gitoflis), to każdy na talerzu obok kartofli miał odrobinę masła. Jadali również wołową kiełbasę, która była droższa od wieprzowej (wieprzowiny nie jadali, zabraniał im Talmud). Tę wołową kiełbasę można było nabyć w cukierni u Fuksa, który sprzedawał własnej produkcji lody. Nie jadłam nigdzie ani u nas, ani za granicą tak wspaniałych lodów. Wracając do wieprzowiny, Żydzi inteligenci nie przestrzegali tak rygorystycznie przepisów. Jadali szynkę i kiełbasę wieprzową, oczywiście niektórzy się z tym kryli, przez osoby trzecie załatwiali zakup w polskich wędliniarniach.

Gdy kobiety smarowały dójki krowom smalcem, a Żydówka to zauważyła - już tego mleka nie kupiła. Często przychodząc do gospodarza po mleko przynosiły ze sobą w papierku odrobinę masła, by masłem posmarować dójki krowie. Biedni Żydzi trzymali kozy. Pamiętam z dzieciństwa, gdy nieraz po kilkanaście kóz pasło się na rynku miasta. Na ogół tak biedni Żydzi, jak i bogaci dotąd nie zjedli śniadania - dopóki nie zarobili w handlu, czy w rzemiośle. Nie dali nawet dzieciom zjeść. Stąd na przerwach w szkole można było zobaczyć Żydówki matki, które pod chustką ukrywały garnuszki z białą kawą, względnie zupą, wtedy dzieci spożywały śniadanie. Nieraz to było dopiero około 10 rano.

KAŻDY ŻYD CZY ŻYDÓWKA WCHODZĄC DO DOMU DOTYKAŁ PALCAMI RĘKI NA FUTRYNIE DRZWI JAKIEGOŚ TALIZMANU TZW. MEZUZY I COŚ SZEPTAŁ, CZEGO JA NIGDY NIE DOSŁYSZAŁAM, MYŚLĘ, ŻE JAKIEŚ BŁOGOSŁAWIEŃSTWO DLA TEGO DOMU.

Żydzi ortodoksyjni byli bardzo pobożni. Już w piątek przed zapadnięciem zmroku obchodził pracownik gminy żydowskiej ulice miasta i uderzał w bramy domów, w których mieszkali Żydzi trzy razy główką laski na znak, że zaczyna się święto. W sobotę wszyscy Żydzi chodzili do bożnicy, do swej świątyni na modlitwy. Mężczyźni mieli swoje pomieszczenia, kobiety osobne. Rabin - żydowski duchowny siedział na podium, oddzielonym balustradą od innych. Modły intonował kantor, najczęściej to był Żyd obdarzony pięknym tenorem.

Śpiew żydowski miał w sobie nutę smętną, w melodiach ich modłów było dużo bemoli, co jest charakterystyczne dla śpiewu ludów Wschodu. Prócz bożnicy mieli Żydzi w Biłgoraju kilka domów modlitwy. W czasie modłów nakładali na odzież białe w czarne pasy atłasowe przybranie tzw. tałes, które okrywało głowę i plecy. Na czole miała ta szata jakby klocuszek tzw. tefilin. Co ten klocuszek miał symbolizować nie wiem. Najczęściej w czasie modłów ustawiali się na południowy wschód w kierunku Palestyny, Ziemi Obiecanej kłaniając się i śpiewając. Oczywiście patrzyli przy tym w grube księgi. Czy w innych miastach w bożnicach i domach modłów ustawiali się w kierunku południowo-wschodnim nie wiem, u nas to zauważyłam, więc tak podaję. Gdy się zebrało wśród modlących kilku tenorów i barytonów - koncert był bez przesady. Kobiety modliły się z książek.

Każde święto dla Żydów to był kompletny relaks. Nawet wręczonego listu przez listonosza nie otworzyli, bo to uważali za wysiłek fizyczny. W zimie w piecach paliły im biedne, katolickie kobiety, niektóre pochodziły ze wsi Rapy, oddalonej od miasta o 5 km. Naczyń po posiłkach nie zmywano, aż po świętach. Byłam świadkiem, gdy pewien ziemianin przywiózł Żydowi pieniądze - Żyd ich nie przyjął, poprosił mnie, akurat przechodziłam ulicą, abym je przeliczyła i przyjęła. Po święcie przyszedł do mnie, więc je mu zwróciłam. Ogromnie uroczysty charakter miały święta np. Sądny Dzień, żydowski nowy rok. Żydzi przed tym świętem długo pościli, długo się modlili i wierzyli w taki prognostyk, że jak zapalone światło z bożnicy doniosą do domów - to będzie dla nich pomyślny rok. Dzieci polskie czatowały na powrót Żydów z bożnicy i gasiły im świece. Wówczas Żydzi wracali znowu do bożnicy, by powtórnie zapalić świece i zanieść do swoich domów. Ja raz w grupie dzieci też pozwoliłam sobie na taki niestosowny wybryk, miałam 10-11 lat. Gdy się Żydówka na drugi dzień poskarżyła rodzicom - dostałam za to porządne lanie, tak że już nigdy więcej w stosunku do Żydów nic złego nie zrobiłam. Rodzice trzymali się tej zasady, aby żyć ze wszystkimi w zgodzie i napiętnowali moje, względnie rodzeństwa złe zachowanie, w myśl zasady "nie czyń drugiemu co tobie niemiłe".

ŻYDZI OBCHODZILI ŚWIĘTO TZW. KUCZKI NA PAMIĄTKĘ WYJŚCIA Z NIEWOLI EGIPSKIEJ. BUDOWALI NA TAN OKRES ŚWIĄT MAŁE SZAŁASY I TAM SPOŻYWALI POSIŁKI. Tak, jak kiedyś ich praojcowie, wędrując do Ziemi Obiecanej przebywali pod namiotami.

Obchodzili na wiosnę święto Paschy. Te święta wypadały mniej więcej w okresie naszych świąt wielkanocnych. Poprzedzało je pieczenie macy. Maca to było zwykłe ciasto, bardzo cienko rozwałkowane, pieczone z tzw. pasjenczej pszenicy, postne, w kształcie koła, wielkości płaskiego talerza, pieczone w piecu. Było to ciasto nakłuwane widelcem. W ciągu 8 dni trwania tych świąt nie piekli, ani nie jedli chleba. Maca była jadana z masłem do kawy na śniadanie, była kruszona do rosołu, względnie zupy. Macą zagryzali mięso, śledzie i ryby. W ciągu tych świąt w kuchni do gotowania było inne naczynie, a nie to które służyło cały rok.

Istniał u Żydów także zapust tzw. Boski. Chodzili przebierańcy po żydowskich domach (tak, jak u nas kolędnicy), coś demonstrowali - taki mini-teatr. Na zapust Żydówki piekły strucle z powidłami i częstowały nas zawsze, jako swych sąsiadów.

Z charakterystycznych obrzędów żydowskich, które znam należy wymienić: chrzciny, wesela i pogrzeby.

Gdy w jakimś domu przyszło na świat dziecko - wówczas nauczyciel z Hederu, z żydowskiej szkoły przyprowadzał pod dom nowo narodzonego dziecka pewną grupę dzieci. Rodzice niemowlęcia częstowali przybyłych słodyczami. Pod łóżkiem położnicy zawsze leżała siekiera. Widziałam to w jednym domu, gdzie przyszło na świat dziecko. Urodzeni chłopcy byli poddawani pewnemu obrzędowi rytualnemu.

JEŚLI IDZIE O WESELA TZW. HASYNY - TO TEN FAKT POPRZEDZAŁA CAŁA HISTORIA SWATANIA. Żydzi mieli swatów, którzy tym się trudnili profesjonalnie. Ci penetrowali kandydatów do ożenku nie tylko w naszym mieście, ale i w okolicznych miastach i wioskach. Swat ustalał z obydwoma stronami szczegółowo wysokość posagu, wyprawę panny młodej, niejednokrotnie urządzenie domu, czy zapis realności. Wkład majątkowy obowiązywał obydwie strony zawierające małżeństwo. Dopiero potem była ustalana data ślubu. Przed ślubem pan młody, w asyście starszych mężczyzn i orkiestry przybywał do panny młodej. Ceremonia ślubu odbywała się na podwórzu. Pod baldachimem podtrzymywanym przez 4 mężczyzn stała panna młoda ubrana na biało i w białym welonie, wówczas przyprowadzano pana młodego, który miał oczy zawiązane ręcznikiem i był podtrzymywany przez 2 mężczyzn. Tak przyprowadzony pan młody obchodził swą przyszłą żonę trzy razy. Następnie młodzi składali sobie przysięgę. Dopiero potem mistrz ceremonii zdejmował panu młodemu ręcznik z oczu. Następnie mistrz ceremonii podawał szklanki z winem, po wypiciu wina przez młodych rzucał je na ziemię. Jeśli szkło potłukło się w drobne kawałki - to znak szczęśliwego pożycia małżeńskiego. Skakali przy akompaniamencie orkiestry, w skład której wchodziły: skrzypce, altówka, trąbka i bębenek, przechodzono z podwórza do domu. W największym pokoju pod ścianą na podwyższeniu, na fotelu zostaje ulokowana panna młoda. Panienki żydowskie ubrane w barwne sukienki, jasne, tańczą ze sobą: polki, walce, fokstroty. Mężatki ubrane zawsze w ciemne sukienki, czarne, brązowe, względnie granatowe, niejednokrotnie przybrane koronkami i biżuterią tańczą później majnfesa. Biorą się pod boki, stają naprzeciw siebie i tańczą w bardzo żywym tempie swój narodowy taniec. W międzyczasie coś jakby ochmistrz ceremonii roznosi na tacy kawałki biszkoptu, po żydowsku "łejkach" i częstuje panienki, które dają mu po 20 gr, lub więcej (wówczas kajzerka kosztowała 5 gr) taki był zwyczaj. Jeśli idzie o uczesanie panienek - miały one włosy z natury ładnie układające się i puszyste, co było cechą charakterystyczną tej rasy ludzi. Mężatki nosiły peruki, bowiem każdej mężatce obcinano włosy do skóry i już aż do śmierci musiała nosić perukę. Oczywiście Żydówki z rodzin inteligenckich nie stosowały się do tych zacofanych przepisów.

W tym czasie, gdy trwała zabawa weselna - mężczyźni wraz z panem młodym przebywali w innym pomieszczeniu przy suto zastawionym stole, nakrytym białym obrusem i przy zapalonych świecach w lichtarzach. Na ucztę weselną podawano śledzie, przyrządzane na różny sposób, wspaniałą faszerowaną rybę (karp), pieczony drób, a z ciasta chałki i biszkopty do herbaty. Z trunków czysty spirytus który Żydzi pili z małych, srebrnych pucharków. Najczęściej jednak zanurzali kawałeczek bułki w spirytusie i tak go sączyli. Nie widziałam w życiu wstawionego Żyda, a przecież mieszkałam wśród nich przez 25 lat.

Goście weselni składali młodej parze prezenty: przedmioty codziennego użytku, przedmioty artystyczne, a nawet biżuterię. Żydzi inteligenci biłgorajscy nie zawierali małżeństw na miejscu, lecz wyjeżdżali do Warszawy, ale zdarzało się, że przyjęcie weselne dla pewnej części rodziny i przyjaciół urządzali po powrocie do domów.

Na przykład Choskie Erbesfeld, o którym wspomniałam wyżej, gdy wydawał córkę za mąż urządził po powrocie z Warszawy przyjęcie specjalnie dla rodzin leśników, z którymi łączyły go interesy kupna budulca drzewnego. Była to wspaniała uczta z francuskimi koniakami i winami, z kawiorem i rybą, indykami i tortami, ukoronowaniem jej było mnóstwo różnych owoców południowych. Przyjęcie było przy orkiestrze, tańczono najmodniejsze tańce i wcale panienki żydowskie (wykształcone) nie przestrzegały zaleceń Talmudu, zabraniających tańczenia z mężczyznami i to z Polakami.

ODNOŚNIE SWATÓW ZNOWU TAKI CHARAKTERYSTYCZNY, HUMORYSTYCZNY PRZYKŁAD. OTÓŻ PEWNEGO BIŁGORAJSKIEGO ŻYDA WYSWATANO Z PANNĄ Z LEŻAJSKA. Gdy omawiany kawaler pojechał do Leżajska, po uprzednim przez swata ustaleniu szczegółów posagu - pokazano mu pannę młodą, ładną. Kawaler wrócił do Biłgoraja zadowolony z przyszłej żony i wysokości posagu. W określonym czasie odbył się ślub według obrzędu, oczywiście w Leżajsku. Gdy ręcznik z oczu kawalerowi zdjęto - ku swemu zdziwieniu zobaczył pod baldachimem pannę brzydką i garbatą. Okazało się, że ten duży posag zaoferowano aby wydać starszą córkę, która była ułomna, przed młodszą. U Żydów nie wolno było wydać młodszej córki wcześniej przed starszą. Stąd to qui pro quo.

Oczywiście amator dużego posagu wrócił do Biłgoraja bez posagu i bez żony. O ile wiem do wybuchu wojny nie otrzymał rozwodu i udało mu się uciec do Boliwii. Te obserwacje odnośnie wesel poczyniłam, co najmniej w kilkudziesięciu przypadkach, przyglądając się ceremonii ślubu, wraz z innymi dziećmi, siedząc gdzieś na drabinie, niższych konarach drzew lub na parapecie okien parterowych domów. W moim dzieciństwie te wesela polskie, czy żydowskie i odpusty - to były jedyne atrakcje.

Jeśli idzie o moralność, wierność małżeńską to w naszym mieście gdzie się ukryć nic nie dało znam tylko 2 przypadki, gdy żony opuściły swych starych mężów - i to wkrótce po ślubie.

Miał miejsce u nas taki przypadek: pewien mechanik zakochał się w pięknej brunetce, o czarnych pięknych oczach i subtelnych rysach, o wspaniałej, olśniewająco białej cerze, porwał ją i wywiózł do Przemyśla. Umieścił ją w klasztorze u sióstr zakonnych za jej zgodą. W klasztorze siostry zakonne przygotowały ją do chrztu, poznała prawdy wiary katolickiej i wzięła z tym mechanikiem ślub. Całą okupację niemiecką ją ukrywał i troje dzieci. Szczęśliwie wszyscy ocaleli i cieszyli się w Biłgoraju należytym szacunkiem.

JEŚLI KTOŚ W RODZINIE ŻYDOWSKIEJ UMARŁ - TO ZAWIADAMIANO "KAHAŁ" - GMINĘ ŻYDOWSKĄ I PEWNYCH MISTRZÓW CEREMONII, BYLI TO LUDZIE KTÓRZY CIAŁO ZMARŁEGO MYLI I UBIERALI. Zmarły był owijany w biały całun. Nigdy w takim domu nie byłam, gdzie był zmarły, więc nie wiem, jak wyglądało pożegnanie ze zmarłym. Natomiast kilkadziesiąt razy widziałam kondukt pogrzebowy. Kondukt przechodził zawsze bocznymi ulicami na cmentarz żydowski tzw. Kirkut, który mieścił się na rogu ulicy 3 Maja i obecnej ulicy Zubrzyckiego. Obecnie na tym miejscu mieści się boisko szkolne. Niemcy za okupacji splantowali drzewa cmentarza żydowskiego, a nagrobki użyli jako materiał budowlany. Został również rozebrany ceglany mur, okalający cmentarz. Drugi cmentarz był usytuowany na Piaskach, z dala od miasta. Tam do 1939 r. Żydzi grzebali zmarłych. Za okupacji na tym cmentarzu dokonywano egzekucji Żydów. Zwłoki żydowskie podczas normalnego pogrzebu były niesione na marach, nakryte kilimkiem. Za nimi szła rodzina i zawodowe płaczki, które bardzo głośno zawodziły. Zwłoki były niesione w takim czasie, gdy dzwony kościelne nie dzwoniły. W wypadku, gdy się odezwały - natychmiast Żydzi zwłoki ustawiali na ulicy, na ziemi. Kondukt się zatrzymywał, aż do ostatniego brzmienia dzwonów. Na cmentarzu w wykopanym grobie zwłoki były umieszczane w pozycji siedzącej, gdyż Żydzi wierzyli, że jak Najwyższy zawezwie na Sąd Ostateczny - to oni stawią się wcześniej, od innych ludów.

Nagrobki żydowskie stanowiły, prostokątne, kamienne tablice, zaokrąglone u góry, wielkości 1 do 1,5m wysokości, czasem wyższe, na 70 cm mniej więcej szerokości. Nad napisem w języku hebrajskim tyczącym personaliów zmarłego był umieszczony symbol: np. otwarta księga znaczyła, że zmarły pochodzi z rodziny wykształconych, dłonie rozłożone, świadczyły, że pochodził z kapłanów, waga, że z rodziny kupców. Po pogrzebie obowiązywała pokuta o czym pisałam.

CZĘŚĆ ŻYDÓW BIŁGORAJSKICH ZARAZ NA POCZĄTKU WOJNY WYJECHAŁA DO ZSRR. O niektórych wiem, że ocaleli mieszkają obecnie w Izraelu lub Stanach Zjednoczonych. Najwięcej zginęło ich podczas zagłady 1942 i 1943 r. w Bełżcu. Niewielka grupa dobrych fachowców: krawców, szewców, kuśnierzy i zegarmistrzów została umieszczona w getcie, mieszczącym się w dwu posesjach przy ul. 3 Maja nr 11 i 12. Ci ostatni zginęli najpóźniej rozstrzelani w tychże posesjach, a dwie liczne rodziny ocalały ukryte jak wspomniałam w leśniczówce Jana Mikulskiego oraz we młynie Piotra Skakuja.

Przytoczę jeszcze najbardziej popularne imiona żydowskie: kobiece: Estera, Miriam, Sura, Gołda, Ruchla, Chaja, Hana, Rojza, Małka, Ita, Łajka, Dwojra, Balcia, Hena, Tajga, Szandla i Elka. Męskie: Szmul, Icek, Chaskich, Moszek, Juma, Aron, Dawid, Mendel, Majer, Natan, Lejba, Berek, Szloma, Maks.

Stefania Kwiecińska

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: