Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Kronika Tygodnia 21.03.2000
Od Zamchu po Syberię
Toast "Sto" lat niech żyje nam" byłby sporym nietaktem wobec Marianny Padjasek z Biłgoraja, która w lutym obchodziła stulecie rocznicę urodzin.

Jubilatka jest urokliwą, pogodną kobietą, z poczuciem humoru. Nie potrzebuje laseczki do chodzenia, zachowała doskonałą pamięć. Igłę wciąż nawleka bez okularów, jedynie narzeka, że ma słuch nieco gorszy niż dawniej.

- Jak na mój wiek zdrowie mi dopisuje i nie wiem czemu to zawdzięczam? Może ma to znaczenie, że nigdy nie paliłam papierosów, wiele lat mieszkałam na wsi, gdzie nie jadało się za wiele mięsa, a raczej nabiał domowej roboty. Bez nawozów były "swoje" ziemniaki, warzywa i inne produkty - mówi pani Marianna, która śmiało może sobie odjąć ze 30 lat, bo zmarszczek nie ma za wiele. Z okazji uroczystego jubileuszu z lampką koniaku w dłoni opowiada "KT" o swoim ciekawym życiu, które niestety nie zawsze było ustane różami.

Urodziła się 21 lutego w Zamchu (w gminie Obsza) i tam, na wsi, upłynęły jej lata dzieciństwa. Kiedy w 1914 r. zaczęła się I wojna światowa, wraz z rodziną i innymi mieszkańcami tej wsi została wywieziona na daleką Syberię, na roboty przymusowe.

- Tam najwięcej czasu spędziłam w miejscowości Tuporyno. Było tam biednie, prymitywnie. Gospodarze wybierali sobie nas do roboty w swoich gospodarstwach, zapędzano nas też do pracy w pobliskim porcie. Zimy były straszliwie mroźne i brakowało żywności. Pamiętam jak Rosjanie w dużych beczkach zakopywali w ziemi mleko, a potem skwaśniałe, nieświeże, smażyli na ogniu i jedli, żeby jakoś zaspokoić głód. Ciężkie to byty czasy -wspomina jubilatka.

W 1917 r. rozpętała się w Rosji rewolucja i wtedy Polacy postanowili stamtąd uciekać do kraju.
- Na naszych oczach zabijano kułaków, nawet ich małe dzieci, bez litości. Wszędzie napotykaliśmy po a drodze zniszczenia, pożary, tysiące ofiar. Widziałam jak duchownych-popów - bolszewicy chwytali za długie włosy i topili. Cała Rosja tonęła we krwi. Jechaliśmy trochę pociągami, trochę furmankami i wędrowaliśmy na piechotę. Dotarliśmy do naszego domu w Zamchu po wielu miesiącach tułaczki, aż w 1918 r. Zastaliśmy wieś rozgrabioną, puste ściany, zarośnięte, nie uprawiane od dawna pola -opowiada pani Marianna.

W kilka lat później zakochała się i wyszła za mąż za kawalera z Woli Obszańskiej, gdzie zamieszkała. Razem prowadzili gospodarstwo rolne. Urodził im się syn, byli szczęśliwi. Niestety. W konsekwencji obrażeń jakich doznał mąż pani Marianny w czasie wojny przyszła ciężka choroba i w 1936 r. zmarł.

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: